Wspomonki, refleksje i notatki wózkowicza


RSS
środa, 24 grudnia 2008

       Dzisiaj jest jeden z tych dni w roku, w którym wszelkie waśnie i spory powinny się zakończyć zgodą? szczerą zgodą? szczerym wybaczeniem? Sporo mam do wybaczania?, ale i mi jest co do wybaczania? oj jest? Przez kilka ładnych lat okłamywałem wszystkich naokoło? To było gdzieś od 1988 do 1998, czyli od mojego pierwszego samodzielnego wyjazdu na obóz w wakacje do dojścia do siebie po nieudanej próbie samobójczej. Cel tych kłamstw był jeden ? być kimś innym, kimś lepszym niż byłem. Kimś, kogo się podziwia, szanuje itp.? Próba samobójcza wywróciła do góry nogami moje wartości. Teraz mam zbyt mało czasu by to szczegółowo opisać, ale na pewno to opiszę, bo to był jeden z ważniejszych punktów w moim planie pisania tego bloga. Pewnie blogersi, którzy to czytają pukają się w głowę, gdyż takie wyznanie nie przyniesie mi popularności, lecz już na początku wyjaśniłem, iż istotą tego blogu nie jest pisanie pod publiczkę ani podlizywanie się za pozytywne komentarze, ale walka z moimi demonami przeszłości?

 

           A wszystkim, którzy to czytają, chciałbym złożyć najszczersze, najserdeczniejsze życzenia prawdziwie WESOŁYCH ŚWIĄT ORAZ NADZIEI NA LEPSZE JUTRO NA NOWY 2009 ROK. Dołączam świąteczną piosenkę wykonaną przez zespol ROAN i ich przyjaciół. Panom polecam przyjrzenie się chórkowi :-) :-)


13:30, uciekinier_czasu
Link Komentarze (2) »
wtorek, 02 grudnia 2008

Minął kwartał od ostatniego wpisu tutaj. To dużo, by czas zweryfikował to, co napisałem wtedy.

Doły chyba na dobre odeszły. Przynajmniej na razie… Mam głowę pełna pomysłów na dalsze życie, a w serduchu pełno nadziei, jednak samemu to ja mogę sobie co najwyżej poruszać palcem w bucie. Do realizacji moich zamierzeń potrzebni będą ludzie. Ludzie, którzy zechcą zastępować mi nogi i struny głosowe. Liczę, że takowych znajdę… Ale po kolei.

 Jest niewiele zajęć na tym świecie, które mógłbym wykonywać samodzielnie. Do jednego z nich zalicza się uprawianie e-sportu. Czymże jest e-sport?

„E-sport (Electronic Sport) to sport elektroniczny, czyli inaczej turnieje gier komputerowych. Historia e-sportu wiążę się z grą Quake. Dzięki popularności Quake powstała w 1997 r. w USA Cyberathlete Professional League, pierwsza na świecie liga zawodowych graczy. Obecnie podobnych lig działają na świecie setki, a za największe zawody uchodzi World Cyber Games, impreza odwołująca się do wzorów, według których organizowana jest tradycyjna olimpiada.  Działają tam m.in. stacje telewizyjne poświęcone wyłącznie rozgrywkom e-sportowym. WCG ma także polską edycję. Od 2005 roku działa największa liga e-sportowa w Polsce Electronic Sports League. Dla rzeszy młodych graczy na świecie e-sport staje się sposobem na życie, a nawet na zarabianie dużych pieniędzy. W Polsce ta dziedzina sportu coraz szybciej przybiera formę profesjonalnych rozgrywek. (…)W związku z rosnącą popularnością e-sportu pojawił się pomysł zarejestrowania go jako nowej dyscypliny sportowej, na równi z dyscyplinami tradycyjnymi. Taki zapis pojawił się już w Korei Południowej, Chinach, Rosji czy też Danii. Warto zaznaczyć, że Polak Krzysztof "Nal_Draco" Nalepka otrzymał licencje progamera w Korei Południowej w grze StarCraft: BroodWar. Reprezentował on drużynę OnGameNet Sparkys. W Korei Południowej i Chinach najlepsi gracze posiadają status gwiazd narodowych, a ich mecze transmitowane są za pośrednictwem kanałów telewizyjnych poświęconym tylko i wyłącznie cybernetycznym rozgrywkom.” To fragment artykułu o e-sporcie na Wikipedii. Jednak e-sportem można nazwać również każdą rozgrywkę sieciową. I tu dochodzimy do takiego samego podziału tej dziedziny życia jak w przypadku zwykłego sportu, a mianowicie na amatorski i zawodowy. Przykładem amatorskiego uprawiania e-sportu jest chociażby rywalizacja na jednym z najpopularniejszych portali z grami – www.kurnik.pl. Powstają tam całe klany, zrzeszające miłośników danych gier, mające swoje rozgrywki w konkretnych terminach oraz swoje klasyfikacje. Sam byłem członkiem kilku takich klanów. Jednak z czasem stwierdziłem, że to wcale mnie nie rozwija. Co więcej – jest strasznie czasochłonne. Czułem dyskomfort psychiczny z powodu marnotrawstwa czasu. Może tym stwierdzeniem na razie się paru kurnikowym znajomym, ale ja tak to odbierałem. Jest jednak coś, za co jestem bezgranicznie wdzięczny temu okresowi. To znajomości zawarte przy klepaniu w tysiąca czy grze w kości lub domino. Tak poznałem kochana Tusie, Pikaczu czy tez rodziców Oliwki (strona poświecona Oliwce jest w zakładkach tego bloga – zapraszam gorąco).  Szukałem jednak czegoś innego. Czegoś, w czym mógłbym się powysilać. Czegoś, co wejdzie na wyższy poziom rywalizacji i – nie oszukujmy się – da w przyszłości szanse na zdobycie funduszy na realizacje moich planów i marzeń, lub najzwyczajniej w świecie pozwoli dorobić sobie do tej jałmużny nazwanej górnolotnie „rentą socjalną”. Chciałem po prostu być e-sportowcem… I tak oto trafiłem przypadkiem na reklamę gry on-line „Hattrick”. Jest to wielki, międzynarodowy menadżer piłkarski, gdzie gracz wciela się w szefa klubu piłkarskiego. Zobaczyłem opis tej gry na Wikipedii i … oniemiałem. Zachęcam do przeczytania, to sami zobaczycie o czym piszę - http://pl.wikipedia.org/wiki/Hattrick#cite_note-0 . Największe wrażenie wywarła na mnie informacja, iż popularność tej gry sprawiła, że niektóre domy bukmacherskie zaczęły przyjmować zakłady na mecze rozgrywane w Hattricku . „Jestem w domu” pomyślałem, i 24.06.2008 się zapisałem. Strasznie dużo czasu w październiku zajęło mi tworzenie stronki WWW swojego klubu, gdyż nie chciałem korzystać z jakiegoś gotowego szablonu, tylko sam wszystko zrobić od podstaw. Stronka na razie wygląda kiepsko i zalatuje amatorszczyzną, ale to dopiero moje początki. Planuje niedługo uruchomić forum, a w przyszłości radyjko klubowe i może nawet znajdę kogoś, kto by mi zrobił koszulki klubowe. No ale to dopiero plany i jeszcze nic może z tego nie wyjść. Zapraszam do odwiedzenia stronki klubowej – link już dodałem na bloga.

Jak w każdej poprzedniej notce, tak i w tej nie może zabraknąć oprawy muzycznej. Dziś zapodam utwór grupy Popiół. Dawno żaden kawałek mnie tak nie poruszył jak ten. To chyba pierwszy tekst piosenki mającej jakiś tam swój byt w mediach i nie nagranej specjalnie na jakąś konkretna okazje, mówiący o niepełnosprawności. I niech mnie Bóg chroni przed takim spędzeniem reszty życia jak w przypadku bohatera tego utworu… Niestety nadal jest mnóstwo takich bohaterów… Przepraszam – powinno być BOHATERÓW…

Kolejna notka ukaże się nie wiem kiedy, ale będzie o alternatywnych pomysłach na dalsze moje życie.

 
17:33, uciekinier_czasu
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 września 2008

          Oj, cos długo mnie tu nie było. Minęła wiosna, minęły wakacje… Przez chwile już miałem zawahania czy jeszcze wrócić, jednak byłaby to kolejna porażka mojej samodyscypliny. Poza tym moi wierni czytelnicy dopingowali mnie do pisania. I cieszę się ze wracam do pisania. Naprawdę. Czuje taka wewnętrzną radość z tego powodu. A wracam akurat dzisiaj bo to dobry dzien. na zaczynanie czegoś nowego lub na powrót do kontynuacji, bo to i nowy tydzień, i nowy miesiąc, no i nowy rok… szkolny :-) A przez ten czas jak mnie tu nie było musiałem poukładać sobie pewne rzeczy… Wyjść z mrocznej strony i odnaleźć sile by dalej egzystować, a nie wegetować. Czy się udało? To się okaże niedługo. Mam nadzieje ze znowu jestem mocny. Napisałem specjalnie „mocny” a nie „silny”, gdyż  w tych najtrudniejszych momentach towarzyszył mi utwór IRY  o takim tytule. Kurczę czulem momentami jakby Artur śpiewał o mnie do mnie... Po prostu nakręcał mnie bym walczył sam ze sobą. I dlatego dziś zapodaje ten kawałek… Posluchajcie tego tekstu a zrozumiecie o czym mówię...

14:45, uciekinier_czasu
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 31 marca 2008
     No i mamy wiosnę. Nareszcie. Od razu człowiekowi robi się weselej i tak jakoś ma w serduchu więcej nadziei. I siły. Nieważne czy potrzebnej do przetrwania od 1-ego do 1-ego czy do zbawienia świata. No a poza tym humor mi się polepsza na samą myśl o tym, że kobiety zaczną zrzucać te tony ciuchów z siebie. Znów hormony zaczną się kręcić, wiercić, buzować. Życie na wiosnę jest piękne.  

          Dziś nie będę pisał dalszej historii mojego życia. Nie chcę sobie i innym psuć humoru. Wrócę natomiast do przedświątecznego wyjazdu do stolicy. Długo tam nie zabawiłem, bo od poniedziałku od około 14:30 do wtorku do 19:20 z czego ostatnie 3 godziny przesiedzieliśmy z Przyjacielem na Centralnym. Przez pierwszą godzinkę towarzyszyła na Pikaczu ale potem sobie poszła. Wymiękła He He He. Cmok Pikaczu.

 

          Jaki był powód tak szybkiego powrotu? Czynników było wiele. Głównym był fakt, iż mój Przyjaciel nienawidzi Warszawy. Nienawidzi tego ciągłego hałasu, pośpiechu, tłoku… Dla kogoś kto lubi spokój i ciszę Warszawa może być przekleństwem. Może jeszcze gdyby pogoda była lepsza i byłby drugi opiekun byłoby inaczej, ale osobiście uważam, że Joe w swoim życiu tak wiele razy był przy moim boku wiernym towarzyszem, iż teraz czas już na zasłużony odpoczynek od wyjazdów. Sądzę, że z wiekiem ludzie stają się zbyt poważni na takie eskapady… I w tym miejscu pragnę naprawdę gorąco podziękować Joe za te … kurcze…do końca nie wiem ile to było lat, ale myślę, że z 11 było. Czasami piliśmy do upadłego i śpiewaliśmy na całą paszczę „Majorkę” (Warszawa – kemping na Grochowskiej) , czasami jeździliśmy po szpitalach z moimi kamieniami (Katowice) , czasami dawaliśmy się skroić (Szczecin) , czasami niemiłosiernie zmoknęliśmy (Kołobrzeg) , czasami nie wykorzystywaliśmy okazji na miły wieczór z dwiema samotnymi dziewczynami w doskonałych humorach (Kołobrzeg) , czasami głodowaliśmy (Wrocław) , czasami zdobywaliśmy nasz mały Mount Everest ostrą zimą (Jasna Góra) , czasami niechcąco taranowaliśmy jakiegoś Maluszka wybiegającego nam prosto pod koła w hipermarkecie (Pabianice)… Długo zastanawiałem się jakim utworem podsumować te moje podziękowania. Stwierdziłem, że to nie ma być cos smutnego i ckliwego, bo przecież nasza znajomość nie kończy się, tylko pewien jej szalony etap (choć wcale nie zamykam przed Joe drzwi z napisem „Wyjazdy”), dlatego wybrałem numer z przesłaniem. A wszystkich tych, którzy niezbyt lubią klimaty rockowe namawiam jednak do posłuchania i obejrzenia, gdyż najważniejszy w tych wszystkich moich dodawanych utworach jest tekst.

         

JOE – PRZYJACIELU… NAPRAWDĘ  DZIĘKI  ZA    DEKADĘ…

13:48, uciekinier_czasu
Link Komentarze (5) »
środa, 12 marca 2008

Dawno mnie tu nie było.  Będę szczery – czekają mnie najbardziej traumatyczne wpisy i ciężko mi się zabrać za to, bo wspomnienia nie będą miłe, a oprócz tego jest jeszcze aspekt opisywania innych osób w związku z pewnymi historiami i to troszkę hamuje mnie. Otóż boję się, że ludzie, których tu wspominam mogą mi mieć za złe, że nie zawsze pisze o nich w samych superlatywach. Kiedyś przyjaźniłem się ze studentka polonistyki i dziennikarstwa. Poprosiła mnie o udzielenie jej wywiadu na zaliczenie. Zarzekała się że nigdy i nigdzie to nie będzie publikowane. Uwierzyłem jej. A że naprawdę ją lubiłem więc byłem dość szczery. Po paru dniach pojawił się w miejscowym dodatku do jednego z największych dzienników artykuł… o mnie, szkalujący moja rodzinę. Parę rzeczy było wyssanych z palca. Mimo, że dane były zmienione, to jednak znajomi rodziców podnieśli larum… Wzięto nas na języki. Mogłem zapomnieć o prowadzeniu dalszej swojej działalności w rodzinnym mieście.

          Pisząc ten blog nie chce nikogo skrzywdzić. Jednak priorytetem na nim ma być PRAWDA, która kiedyś tak bardzo poniewierałem… Absolutnie nie boje się wyznawania całej prawdy o sobie. Ale pisząc moją historię nie sposób opisywać pewnych sytuacji związanych z pewnymi osobami, których ścieżki życiowe skrzyżowały się z moimi. Jest to taka moja rozprawa z demonami przeszłości a nie szkalowanie kogokolwiek.

          Po takim wyjaśnieniu mogę już trochę spokojniej pisać o sobie. Jednak nie wiem czy napiszę coś jeszcze przed Wielkanocą gdyż w poniedziałek wyjeżdżam do Warszawy i wracam w Wielki Piątek lub Wielką Sobotę, zatem już teraz chciałbym moim czytelnikom złożyć najserdeczniejsze życzenia. Dużo pogody ducha, ciepła wewnętrznego, radości życia no i przede wszystkim zdrowia. WESOŁYCH ŚWIĄT !



Róże Europy - Wesołych świąt
15:43, uciekinier_czasu
Link Komentarze (1) »
wtorek, 26 lutego 2008

No i po wyjeździe do Stolicy. Wróciłem już w piątek ale kurcze byłem tak zmęczony, że postanowiłem weekend przeznaczyć na odpoczynek. Teraz też nienajlepiej się czuje, zimno mi jakoś… i mięśnia mnie pobolewają… To pewnie przez Pikaczu O Pikaczu napisze potem by nie robić zbytniego bałaganu w tekście a teraz napisze tylko, że zaraziła mnie chyba grypką. Lubię mieć wszystko poukładane. Pamiętam jak kiedyś – gdy byłem mały – układałem sobie puzzle. Nie patrzyłem już na obrazki tylko tak z pamięci układałem. Mama chciała już mnie położyć i chcąc mi pomóc powrzucała resztę puzzli do pudełka. Zdenerwowałem się i popłakałem bo przecież to nie tak ma być i trzeba to ułożyć… Także tu na blogu musze mieć porządek, by to wszystko pasowało do siebie. I jeszcze jedno: Wszystkie utwory jakie umieszczem na blogu mają teksty , które są aluzją do danego wpisu. Dziś jeden z ważniejszych dla mnie kawałków, o ile nie najważniejszy. Niestety nie ma do niego teledysku, więc wrzucam zrobiony przez kogos montaż.

Zatem czas na kolejną dawkę historii.


Równolegle do prób leczenia mnie przebiegała edukacja. U wspomnianej wcześniej

Pani logopedy – bodajże Michalak choć głowy bym nie dal sobie uciąć, że tak się nazywała bo równie dobrze mogła mieć na imię Michalina - skończyłem program zerówki. Nauczyłem się czytać i pisać. Pamiętam doskonale jak mama zmuszała mnie do głośnego czytania. Były często takie sytuacje gdy „zawieszałem” się i nie mogłem kurcze głosu wydobyć ze stresu a mama się wściekała i gdy była już wyprowadzona z równowagi bila mnie pantoflem po tyłku. Podobnie było jak nierówno pisałem. I choć czasami naprawdę tłukła mnie ostro to wiem, że chciała mnie przez to przystosować do przyszłych batów w tyłek od życia… Czy mam jej to za złe? Chyba nie… aczkolwiek nigdy tego nie zapomnę. Raz aż posikałem się z bólu i to już było przegięcie. Potem mama się popłakała i przepraszała mnie tuląc ale czy to było po tym konkretnym zdarzeniu to nie jestem pewien… wspomnienia się zacierają już…

Po zerówce nastąpił etap podstawówki. Nauczyciele przychodzili do domu. W pierwszej klasie zapisany byłem do SP nr 49. Uczyła mnie tylko jedna nauczycielka, pani Borońska. Ciepło ja wspominam choć już nie pamiętam jak wyglądała. W efekcie połączenia się SP nr 49 z SP nr 81 od drugiej klasy byłem zapisany w SP nr 81.W klasach 2-4 lub 2-5 uczyła mnie pani Ostrowska. Wspaniały człowiek i pedagog. Zaszczepiła we mnie chęć do nauki i pochłaniania książek. Kształtowała we mnie taki ciąg do zdobywania wiedzy. A nauka przychodziła mi łatwo, bo w sumie cały czas siedziałem w domu. Oprócz mojej kuzynki, z która spędzałem wspaniale chwile na dziecięcej zabawie to nie miałem znajomych. Czasami wpadała delegacja klasowa z jakimś upominkiem przy okazji jakiegoś święta i to był koniec kontaktów z rówieśnikami. Także nauka była dla mnie taka ucieczka od rzeczywistości. Nigdy nie zapomnę jak w którejś z niższych klas podczas zakończenia roku przy gromkich brawach całej publiki zgromadzonej na tej uroczystości wręczano mi świadectwo z czerwonym paskiem i nagrodę za średnią… 5,0 bo nie było wtedy szóstek. Większości z Was to pewnie nie mieści się w głowie i uznacie mnie za popieprzonego by tak zakuwać, ale powtarzam – to była jedyna alternatywa dla mnie, by się nie nudzić. Pamiętam wzruszenie i nauczycieli , i moich rodziców. Byli wtedy tacy dumni ze mnie.

W czwartej lub piątej klasie zaczęli dołączać inni nauczyciele. Najbardziej utkwiła mi w pamięci pani Krawczykowska. Była postrachem całej szkoły. Strasznie ostra i wymagająca ale wzbudzająca szacunek u uczniów. Mnie uczyła głównie matematyki choć przez rok też i geografii. Wiele razy miałem jej już dość ale nikt tyle ode mnie nie wymagał, a przez to doskonale mnie przygotowała do nauki w liceum. Wiedzę, którą we mnie wlała chyba już nigdy nie zapomnę. Uważam ze dla nauczyciela jest to największa gratyfikacja za swój trud.

Polskiego uczyła mnie m.in. pani Będzińska. W pamięci pozostanie mi jak na wypastowanej podłodze w korytarzu wywróciła się i złamała nogę albo jak czasami bujała w wózku mojego brata gdy druga zona taty musiała iść do pobliskiego sklepu. A fizyki i chemii uczyła mnie pani Janina Wasiel. I tu ciekawostka: otóż jakiś czas temu pani Wasiel odnalazła mnie na „naszej klasie” i od tej pory utrzymujemy kontakt poprzez internet z czego się bardzo cieszę gdyż jest to bardzo ciepłą i wrażliwą osoba.

Niestety z moja pamięcią nie jest już najlepiej i mnóstwo osób i nazwisk uleciało bezpowrotnie dlatego przepraszam wspaniałych pedagogów uczących mnie za to, że pomijam ich i zarazem proszę o kontakt wszystkich, którzy mogą mi odświeżyć pamięć.

Nauka w liceum już nie była taka wspaniała. Dostałem się do XXVIII LO. W pierwszej klasie pani od biologii – uczyła mnie tylko rok i nie pamiętam nazwiska – pomogła mi załatwić turnus rehabilitacyjny w Konstancinie – Jeziornej. Miałem w pamięci swój poprzedni pobyt w ośrodku w tej miejscowości jako dziecko i strasznie się balem jechać ale było R E W E L A C Y J N I E. Kiedyś napisze notkę o tych obozach bo one zmieniły moje życie. W te same wakacje pojechałem na zupełnie inny obóz do Rabki. I tak zacząłem poznawać mnóstwo ludzi. Zaczęło się moje życie towarzyskie i co zrozumiale musiała na tym ucierpieć nauka. Jednak starałem się zachować średnią powyżej 3,5.

Trudno mi teraz wymienić nazwiska wszystkich nauczycieli po nazwisku, gdyż też niektórych z nich nie pamiętam jednak wszystkim gorąco dziękuję za cierpliwość i oddanie.

Nauczycielka mojego koronnego przedmiotu – matematyki – była pani Świątek. Wspaniale potrafiła tłumaczyć. Zresztą miałem szczęście do nauczycieli matematyki. Może dlatego szła mi najlepiej. Moim wychowawcą był pan Nowacki – chemik. Z pierwszej klasy zapamiętałem tez pana Olejnika od fizyki. Kiedyś na klasówce u pana Olejnika odwaliłem niezłą kichę. Zrobiłem sobie ściągę i położyłem na kolanach pod biurkiem tak, ze tylko ja ją widziałem. Po klasówce odsunąłem się od biurka zapominając o ściądze. A pan Olejnik: „O, co to jest?” Był niezły przypal J. Pamiętam jeszcze panią Zajączkowską od biologii, a polskiego co roku uczyły mnie inne osoby. W klasie maturalnej uczyła mnie młodziutka nauczycielka – Beata. Musze przyznać, że podobała mi się. Byliśmy na „ty”. Jednak nigdy nie ośmieliłem się na cos więcej.

Maturę pisałem w domu. Oddelegowano do mnie trzyosobową komisję. Siedziałem sam w pokoju, ale co jakiś czas ktoś zaglądał do mnie by sprawdzić czy nie ściągam. W komisji na polskim była Beatka. Raz weszła do pokoju i bez ceregieli zapytała czy mam z czymś kłopot. Stwierdziłem, że z cytatami. Położyła książkę i dala mi 15 min. Po kwadransie weszła z powrotem i zabrała książkę. Byłem w niezłym szoku. Zresztą drugiego dnia podczas matmy tez była niezła historia. Otóż nauczyciel matematyki, którego nie znalem, wszedł do mnie, popatrzył na moje wypociny i się zadumał. Usiadł na wersalce i zaczął sam rozwiązywać. Po rozwiązaniu położył kartkę niedaleko mnie i wyszedł. Cóż, głupi bym był gdybym tego nie wykorzystał, prawda? A wyniki? Pisemne: polski – 3, matma – 4. Ustne: polski – 4, rosyjski – 3, geografia – 4.

Po liceum podjąłem decyzje o studiach. Jednak to jaki wybrałem kierunek było moim życiowym Bledem. Dostałem się na zaoczna teologie na Akademii Teologii Katolickiej. Nie dość, że system zaoczny nie zmusza do przestrzegania rygoru nauki to na dodatek nie czułem tego. Podczas pierwszego egzaminu w sesji dostawszy pytania od egzaminatora powiedziałem iż musze wyjść do WC. Po wyjściu ludzie pomogli mi opracować pytania i wszedłem ponownie do pokoju. A tam profesor mówi do mnie: „O już pan jest. Proszę, oto pytania”. Rozwaliło mnie to J . Poprosiłem o przełożenie egzaminu i tyle mnie widziano tam. Tak – uciekłem haniebnie ale nie żałuje tego, a tylko tego, że nie poszedłem na inny kierunek.

Po zakończeniu edukacji chciałem podjąć jakąś prace. Szukałem długo. Bardzo długo. Aż po jednej z wizyt w pośredniaku przyszło załamanie nerwowe. Pani niezbyt uprzejmym tonem powiedziała mi, że na moim orzeczeniu jest uwaga: „Żadnej pracy, nawet w warunkach chronionych” a to oznacza, iż ona mi nie pomoże, a w ogóle co ja sobie wyobrażam. Przecież mam rentę socjalną, wiec powinienem być szczęśliwy i wdzięczny Państwu za utrzymywanie mnie i siedzieć w domu a nie wydziwiać z praca... Strasznie mnie to zabolało… Chciałem być przydatny, robić cos pożytecznego, no i dorabiać sobie… Przez pół roku nie mogłem wyjść z dołka po tej wizycie w pośredniaku. W końcu obudził się we mnie znów bunt i wypowiedziałem Państwu swoja prywatna małą wojnę… Wyszedłem na ulice…


22:07, uciekinier_czasu
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 lutego 2008

Troszkę mnie tu nie było… Ostatnio miałem niezbyt dużo czasu na opracowanie nowych notek. Przede wszystkim przygotowywałem się do pierwszego w tym roku wyjazdu. Strasznie mi zależy by wrócić na trasę… Będzie na ten temat pewnie dużo na tym blogu. Poza tym miałem drobne problemy ze zdrowiem. Jednak teraz chce w tej notce tylko uspokoić wszystkich czekających na nowy wpis, że po moim powrocie na pewno napisze coś długiego.

Swoją drogą jestem zaskoczony tym, że ludzie tu zaglądają… Dzięki wszystkim czytającym mam o wiele większą motywacje do pisania. Jeszcze raz dzięki.



Przerwa w trasie
14:57, uciekinier_czasu
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008

Nigdy się nie dowiedziałem… i pewnie już się nie dowiem jaki jest jego smak. Prawdziwy smak. Nie dowiedziałem się , wiec w sumie nie mam czego tak naprawdę żałować. W snach czasami mogę chodzić, jednak nie robie takich zwykłych kroków. Przypomina to raczej sunięcie po powierzchni. Mózg nie zaznał nigdy uczucia chodzenia i dlatego tak to przetwarza w śnie…

Tak, jestem niepełnosprawny. Jednak nie od urodzenia. Według najbliższych mi osób urodziłem się zdrowy. Podobno do 7-9 miesiąca życia rozwijałem się bardzo dobrze…    Wtedy nastąpiło coś strasznie dziwnego. Rodzice poszli ze mną na szczepienie przeciw ospie. Coś poszło nie tak. Wystąpiła bardzo wysoka gorączka i zacząłem leżeć plackiem w łóżeczku czy wózku. Ciągle płakałem. Zabrano mnie do szpitala. Nikt nie chciał powiedzieć co jest. Moja karta chorobowa nagle zaginęła. Odnaleziono ją w koszu na śmieci. Po paru dniach rodzice usłyszeli wyrok – porażenie mózgowe. Oczywiście podejrzenie padło na szczepionkę. Według moich rodziców ta szczepionka była sprowadzona z ówczesnego ZSRR. W tym samym czasie podobne zaburzenia wystąpiły u innych dzieci , które też były szczepione. Kilkoro z nich zmarło kilka dni później, kilkoro zostało roślinkami niewidomymi, głuchoniemymi. Nikt wtedy głośno nie mógł tego mówić ale dochodziły takie słuchy, że był to test nowej szczepionki. Test na polskich dzieciach nie tylko z mojego miasta. Muszę też tutaj podać dla ścisłości, iż kilka lat temu spotkałem się z opinią mówiącą o tym, że porażenie mózgowe mogło nastąpić przy porodzie podczas niedotlenienia mózgu lub w wyniku uszkodzenia mechanicznego. Faktem jest , że matka miała ciężki poród kleszczowy, i właśnie wtedy kleszcze mogły uszkodzić główkę noworodka a szczepionka bardzo nasiliła objawy porażenia mózgowego. Jednak przez prawie całe moje życie mówiono mi , iż to szczepionka była wszystkiemu winna i myślę, że kilka osób mi najbliższych nie myliłoby się jednocześnie, prawda?

Efektem tego „wypadku przy pracy” jest moja niepełnosprawność. Nie chodzę wcale, siedzę sam tylko gdy mam oparcie z trzech stron. Sam się nie ubiorę, nie rozbiorę, nie usiądę, nie położę, mam potworne kłopoty z przekręceniem się na łóżku, ręce tez są niesprawne jednak na tyle jest dobrze, że sam obsługuję sztućce, piszę zarówno przyborami do pisania jak i na klawiaturze. Zatem jak widać niemalże we wszystkich czynnościach życiowych potrzebuję pomocy. No i ta wada mowy. Większość osób przy pierwszym kontakcie ze mną nie rozumie mnie. Jednak zdarzają się przypadki, kiedy ktoś od razu mnie rozumie. I chyba ta wada przeszkadza mi w życiu najbardziej. Jestem zmuszony prosić ludzi o pomoc a jak tu prosić gdy nie rozumieją mnie? Ludzie zamartwiają się czymś czego nie mogą osiągnąć nie doceniając tego co posiadają…

Rodzice przez wiele lat szukali sposobu by mi pomoc. Chodziliśmy na rehabilitacje do ośrodka, rehabilitantka i masażysta przychodzili do domu. Na ile to było skuteczne – nie wiem. Jedno jest pewne – gdzieś podczas ćwiczeń zwichnięto mi biodra. Pamiętam jak będąc kilkuletnim dzieckiem strasznie bałem się okładów z parafiny bo nieraz była za gorąca. A stosowano ta parafinę po to, by przed ćwiczeniami mięśnia były rozgrzane. Wiele razy strasznie płakałem na ćwiczeniach z bólu ale wtedy miałem o wiele gorszą mowę i nikt z tych pseudorehabilitantów mnie nie rozumiał. Pani magister rehabilitacji przychodząca do domu powiedziała nam, że w Krakowie jest taki profesor , który ma rewelacyjne metody leczenia. Rodzice postanowili to sprawdzić. Pojechaliśmy tam. Pamiętam, że mieszkał bardzo wysoko w starej kamienicy. Wtedy jeszcze jeździłem w zwykłym wózku spacerowym, w którym co jakiś czas przedłużano podnóżki w miarę jak rosłem. Tata brał mnie i wnosił tak wysoko. Pamiętam dość dobrze to mieszkanie. Korytarz był poczekalnią. Wszędzie były antyki. Strasznie mi się tam podobało, bo przypominało mi scenografie z filmów historycznych. Sam profesor był staruszkiem. Miał maniery arystokratyczne. Trzeba było uważać by czymś go nie zdenerwować lub urazić. Za wizytę trzeba było płacić. Przyjmował wtedy, gdy miał ochotę. Czasami czekało się z dwie godziny zanim kogoś przyjął. A może wiek i zdrowie go jakoś ograniczało…? Nie wiem. Pamiętam jak podczas pierwszej wizyty po wejściu do gabinetu profesor z miejsca powiedział „spastyk” mając na myśli, że mam porażenie spastyczne, a tata mając kłopoty z lewym uchem zrozumiał „plastyk” i odparł rozbrajająco: „ nie nie , nie maluje”… A przed chwilka tak z czystej ciekawości wpisałem w przeglądarkę „prof. Giza Kraków”. Znalazłem tylko jedną sensowną informację pasującą do naszego profesorka. Otóż był on przez jakiś czas (do roku 1966) szefem krakowskiej Kliniki Dziecięcej. Historia powstania tego szpitala jest ciekawa – cytuję: „Pierwszy w Polsce Szpital dziecięcy powstał w roku 1876 z inicjatywy Macieja Leona Jakubowskiego, pierwszego profesora pediatrii w Polsce. Wśród fundatorów którzy wnieśli znaczące datki na budowę szpitala znaleźli się m.in. Marcelina Czartoryska, Leon Jakubowski, Jan Matejko. Uroczyste otwarcie placówki leczniczej pod nazwą "Szpital św. Ludwika" odbyło się 1-go maja 1876 roku.” (informacja zaczerpniętą ze strony szpitala: http://www.wssdzkrakow.hg.pl/historia.html). Jakoś mi to wszystko pasuje do arystokratycznego bycia profesora Gizy. Ale to takie moje dywagacje. Wracam do tematu.

Leczenie polegało na tym , że trzeba było wykupywać co jakiś czas takie zastrzyki z Niemiec o nazwie „Regeneressen”, które aplikował sam profesor najpierw co 6 tygodni , a potem co miesiąc. Lek ten kosztował 600 marek. Wtedy nie było kantorów i trzeba było kupować dewizy u cinkciarzy. Wybrałem ich kilka serii. Na jeden raz dostawałem domięśniowo 4 ampułki. Strasznie były bolesne… Naprawdę… Po tym zabiegu miałem leżeć plackiem 3 dni. Profesor polecił nam prywatny nocleg u kobiety przyjmującej jego pacjentów na te 2-3 noce. Z perspektywy czasu uważam że był to jeden wielki przekręt. Zastrzyki nie pomogły, co więcej – sprawiły tylko tyle, że szybciej dojrzewałem. Pewnie były to zastrzyki typowo hormonalne. Oprócz tego przepisywał mi tabletki na rozluźnienie mięśni – Baclofen. Zacząłem spokojnie spać po nich, ale po pewnym czasie uzależniłem się… Bralem je przez kilka lat.

Parę lat wcześniej zacząłem uczęszczać do logopedy. To dzięki milej pani logopedce mówię po japońsku, czyli jako tako. Pamiętam jak mama opowiadała historie mojego pierwszego słowa „mama”. Podobno męczyłem się kilka minut, a gdy już powiedziałem to byłem strasznie spocony i zmęczony. Teraz mówię bez wysiłku, ale jak wspomniałem jest to dość niewyraźna mowa.

Kolejnym etapem był szpital na ulicy Drewnowskiej w Łodzi. Byłem tam może góra z 3 miesiące. Nie miałem żadnych ćwiczeń. Po prostu leżałem w łóżku. Kiedyś posadzono mnie przy stoliku bym sam zjadł śniadanie. Z zupy mlecznej wypłynął karaluch. To był chyba najsmutniejszy okres w moim życiu. No jeszcze jeden taki okres był gdy byłem w ośrodku rehabilitacyjnym w Konstancinie pod Warszawą. Pamiętam jak też raz posadzono mnie przy stoliku z innymi dziećmi. Nie lubiły mnie bo nie potrafiły zrozumieć co mówię. Zdarzało się, że mnie biły. Wtedy gdy siedziałem przy tym stoliku któreś z nich wyciągnęło mi z krzesełka oparcie. Poleciałem na plecy, zacząłem płakać a oczywiście personel medyczny uznał, że to była moja wina. Więcej nie usiadłem. W tym czasie miałem takie łuski pionizujące. Zakładano mi je, przywiązywano do łóżeczka i tak stałem przez kilka godzin. Chociaż bardziej adekwatne jest sformułowanie „wisiałem”. Podczas jednej takiej sesji zobaczyli mnie przez okno rodzice jak już nie miałem siły nawet płakać… Momentalnie mnie zabrali do domu.

Dzięki pobytowi w szpitalu na Drewnowskiej dowiedzieliśmy się, że mam zwichnięte biodra.  W pewnym momencie kadra lekarska wpadła na „genialny” pomysł, by zoperować mi przywodziciele w nogach. Leżałem potem miesiąc w gipsie biodrowym. Oczywiście to też nic nie dało. A tuż przed pójściem do tego szpitala byłem na wycięciu wyrostka. Także w ciągu pół roku przeszedłem 2 operacje . I tu kończy się etap walki z porażeniem mózgowym. Był to okres ciągłego bólu i chyba bezpodstawnych nadziei. A od Baclofenu odzwyczaiła mnie druga żona taty. I chwała jej za to. Zresztą nie tylko za to ale to już inny temat.

Kolejne kłopoty zdrowotne już nie są raczej powiązane z moja niepełnosprawnością. Byłem jeszcze nie raz w szpitalu na takie przypadłości jak zapalenie płuc czy kamica nerkowa. Byłem operowany także na woreczek żółciowy. Były tam kamyczki. Co prawda wyciągnięto mi je poprzez zabieg polegający na włożeniu przez przełyk do woreczka takiej rury z kamerka i łapaczem kamieni ( nie pamiętam jak się nazywa taki zabieg, w każdym bądź razie wykonują go bez narkozy tylko na znieczuleniu, a u mnie to znieczulenie było bardzo kiepskie) lecz utrzymująca się żółtaczka mechaniczna spowodowała podjęcie decyzji o wycięciu woreczka. Byłem wtedy w łódzkim szpitalu MSWiA i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to jeden z lepszych szpitali. Niestety w MSWiA nie mieli tej rury z kamerka i łapaczem kamyków J dlatego przewieziono mnie do innego szpitala. I najprawdopodobniej podczas tego zabiegu zarażono mnie wirusem żółtaczki typu B. Przynajmniej ja to wywnioskowałem z dokumentacji choroby. Dowiedziałem się o tym dopiero po okresie roku czy może trochę dłuższym gdy w wigilijny ranek dostałem strasznych bóli w okolicy wątroby, które uniemożliwiały mi wzięcie normalnego oddechu. Karetka zabrała mnie znów do MSWiA gdzie badania wykazały aktywność tego wirusa po czym bezzwłocznie przewieziono mnie do szpitala zakaźnego gdzie spędziłem święta i Nowy rok. Super…:-/ Oprócz tego zaliczyłem kilkugodzinne pobyty w szpitalu w Katowicach i Gdańsku. No i na koniec jeszcze musze wspomnieć o jeszcze jednym pobycie w szpitalu. Nigdy dotąd jak i potem nie spotkałem się z tak wspaniałą opieka jak tam. Był to szpital toksykologiczny gdzie wylądowałem po zażyciu 86 psychotropów. Ale to już temat na inny wpis.


22:09, uciekinier_czasu
Link Komentarze (4) »
środa, 23 stycznia 2008

To chyba ostatnia część wstępu „Mojej Małej Wojny”. Piszę „chyba” bo u mnie to nigdy nic nie jest pewne. Nie no, przesadziłem. Pewne jest to, że muszę załatwić potrzeby fizjologiczne jak i to, że kiedyś odejdę w zaświaty.

Blog będzie miał kilka kategorii notek. Będą zatem notki opisujące moją historie oraz notki zawierające teraźniejsze sytuacje z mojego życia. Na razie tylko te dwie kategorie, ale mysle że będzie więcej i będą one powstawały pod wpływem chwili, bo jak wiadomo „potrzeba matką wynalazków”. Każda kategoria będzie pisana czcionką innego koloru. Przewiduje też powstanie forum dyskusyjnego. Księga Gości już jest. Nie spodziewałem się, że ktoś się tam wpisze spoza kręgu moich przyjaciół i znajomych. Naprawdę dziękuję za te 2 wpisy.. To kurcze dodaje chęci do pisania. Jednak cały czas twierdzę, że nie pisze dla poklasku i sławy.

OK. Koniec tego chrzanienia. Czas zacząć.

Zatem… 10… 9… 8… 7… 6… 5… 4… 3… 2… 1… MUZYKO... GRAJ !!!!

23:32, uciekinier_czasu
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 stycznia 2008

     Niniejszy blog nazwałem „Moja Mała Wojna” gdyż odkąd sięgam pamięcią zawsze o coś walczyłem. Słusznie czy też nie, ale zawsze moje życie było i jest polem bitwy. Może dlatego że za dużo marze…? Marzenia niejednokrotnie trafiają na zbyt dużą barierę rzeczywistości. Nieraz walę bez celowo głową w mur. I nawet wtedy gdy już krew z czoła zaczyna mi zalewać oczy to i tak mówię sobie: „o – ta cegła w murze drgnęła, wiec poczekam aż mi się krew zatamuje i wrócę do bicia głową w tą cegle”. Tylko czy kiedyś nie przepłacę tego życiem…? Możliwe, ale nie lubię się poddawać gdy jest nikła szansa na zrealizowanie jakiegoś pomysłu.

 

     Ręce mi opadły jak przeczytałem na jednym z blogów, że dziewczyna chce zakończyć pisanie z powodu niewielu komentarzy i zmniejszającego się zainteresowania nim. Dodała jeszcze, że jest w stanie zrobić wszystko, ale to WSZYSTKO, by jej blog był popularny. Cóż za desperacja. Oczywiście milo mi będzie jeśli kogoś zainteresuje mój blog. Nie mam ambicji stać się super blogerem bo nie o to mi chodzi. Pragnąłbym jedynie dotrzeć choćby do jednej osoby, która podzieli moje poglądy na świat. Domyślam się, że jeśli będą jakieś komentarze, to będą one negatywne, aczkolwiek uważam , iż lepiej spotkać się z krytyką, niż być dla kogoś obojętnym.

 

     Zastanawiacie się pewnie – o ile to czytacie - dlaczego nie piszę kim naprawdę jestem . Sprawa jest bardzo prosta: spory czas temu moja znajoma poprosiła mnie o wywiad. Mówiła że pisze go na egzamin czy coś takiego. Zaprzeczyła jakoby to miałoby być potem gdzieś drukowane. Zgodziłem się. Chciałem by zdobyła jak najlepsza ocenę. Opisałem jej swoje życie, swoją ideologie. Po kilku dniach dostaje w ręce jeden z dzienników z artykułem mojej przzyjaciółeczki. Zmieniono – i to na gorsze, bardziej sprzedające się - kilka faktów o mojej rodzinie. Ludzie zaczęli brać nas na języki. Poraz pierwszy ktoś tak bardzo mnie zawiódł. Ktoś komu zaufałem bezgranicznie. Mnie mało obchodzi opinia publiczna, ale moi rodzice strasznie to przeżyli. Dlatego już nigdy więcej nie dopuszczę do takiej sytuacji. Z tego też powodu zmieniłem imiona i ksywy ludzi, którzy przewiną się przez mój blog.

17:55, uciekinier_czasu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 stycznia 2008

     Nieprzypadkowo zaczynam pisać bloga właśnie dzisiaj. Mam ku temu dobrą okazję - dzisiejsze urodziny. Które? A czy to takie istotne...? Nie wstydzę się swojego wieku, tylko nie jestem zwolennikiem przedwczesnego oceniania ludzi. A większość z nas szufladkuje nowo poznane osoby na mnóstwo sposobów. Ze względu nie tylko na wiek, ale i kolor skóry, długość włosów, ubiór, wyznanie, preferencje seksualne, i wiele, wiele innych rzeczy. A gdy już go zaszufladkujemy, to nadchodzi pora na udowodnienie, że nasza szufladka jest lepsza od jego, bo "cos tam cos tam". Istna paranoja.
    

     Wracając do tematu to stwierdziłem, że z roku na rok moja pamięć kurczy sie. Kilka osób od dawna mnie zachęca do spisania wspomnień, bo podobno warto. Fakt jest taki, że wielokrotnie już próbowałem, ale zawsze brakło samozaparcia, by kontynuować pisanie. Teraz mam jednak nadzieje, że mój zapał potrwa jak najdłużej.

19:11, uciekinier_czasu
Link Komentarze (2) »